Archiwum | Październik, 2012

Jabłka

31 Paźdź

Podobno w Chinach wybór warzyw i owoców jest tak duży, że osobne stoisko tematyczne zajmuje powierzchnie średniej wielkości supermarketu. Kiedy koleżanka, która mieszkała jakiś czas na Tajwanie, opowiadała mi o dwudziestu różnych odmianiach sałaty sprzedawanych na tamtejszych targach i w sklepach, pomyślałam, że moja intuicja na temat monotonności polskiego rynku warzyw i owoców była słuszna. Oczywiście, można powiedzieć, że odpowiedzialny za to jest polski klimat, daleko mniej sprzyjający uprawie roślin niż podzwrotnikowy klimat Tajwanu. Z drugiej strony, mamy świetne warunki do uprawy jabłek w ich co najmniej kilkunastu odmianach, tymczasem w sklepach sprzedaje się zazwyczaj bliżej nieokreślony typ jabłka „polskiego”. Na bazarach różnorodność jest większa, ale odnoszę wrażenie, że z roku na rok kolejne gatunki jabłek są coraz rzadziej dostępne.

Ponieważ sama nie jestem specjalistą od jabłek, a do dostrzeżenia ich róźnorodności zostałam zainspirowana niedawno, postanowiłam zgłębić temat. Kupiłam po dwa jabłka z każdej z kilku odmian, które sprzedawał Pan przy skrzyżowaniu Powstańców Śląskich z Radiową. Nie pozapisywałam ich nazw, bo byłoby to logistycznie trudne, więc w domu miałam naprawdę trudną zagadkę do rozwikłania.

LIGOL

Jabłka deserowe, biały aksamitno-kruchy miaższ, twarda skórka.

GLOSTER

Odmiana deserowa, trochę podobne do Ligoli, soczystsze,  ale chyba mniej słodkie. Mają mniej twardą skórkę, ale same w sobie są twardsze. Miąższ żółtawy. Mają lekko stożkowaty kształt, czego nie widać na zdjęciu ; )

?

Twardsze niż Gloster, mało słodkie, soczyste, delikatne.

MALINÓWKA

Kwaskowate, o malinowym posmaku, biały miąższ i głęboki smak.

LOBO

Podobne do Glosterów, ale lepsze : )

SZAMPION

Bardzo twarde o gruszkowatym posmaku. Moje ulubione.

Reklamy

Kuchnie, które nie istnieją

29 Paźdź

Katalog IKEI – źródło rozczarowań

Kiedy przeglądam nowy katalog Ikei, jestem pod wrażeniem przedstawionych tam aranżacjami wnętrz i szybko znajduję powód, żeby wybrać się do Marek. Wypady do Ikei wiążą się jednak z podwójnym rozczarowaniem. Pierwsze: w katalogu wszystko wydawało się ładniejsze niż jest w sklepie. Drugie: przecież nie urządze sobie od nowa mieszkania (jeszcze nie ten etap). Poprzestaję na kilku drobiazgach i średnio zadowolona wracam do domu.

O idealnej kuchni nie pozwalają mi jednak zapomnieć książki kucharskie: nawet jeśli ilustrujące je fotografie skupiają się na potrawach, resztę otoczenia dopowiem sobie sama: za punkt wyjścia wystarczy mi skrawek stołu (który być może po drugiej stronie obiektywu wcale stołem nie jest).

Od wizji wzorcowego pomieszczenia kuchennego nie dają mi się opędzić: telewizyjni kucharze z apetyczną Nigellą na czele…

…bohaterki filmów…

… i ulubionych seriali.

Prześladuje mnie symulakrum kuchni: alternatywna rzeczywistość wizualna, którą kreują dla mnie Ikea, telewizja i kino; przeciwieństwo „mapy” kuchni (bo w praktyce nie służy) i jednocześnie jej doskonalszy wygląd. Warto nazwać swojego prześladowce – nienazwany istnieje w mniejszym stopniu : )

KIRK na Jazz Jantar

24 Paźdź

Wprawdzie chłopaki z Kirka nie gotują, ale opowiadają ciekawą historię i mówią własnym glosem, co obecnie stanowi dobro luksusowe. Ostatnio grali w Gdańsku w niedzielę (22.10) na festiwalu Jazz Jantar, któremu rozgłosu dodały takie znane nazwiska jak Mikołaj Trzaska, Tymon Tymański, a z zagranicznych John McLaughlin i Nills Petter Molvaer. Duże brawa za świetną organizację dla Klubu Żak, w którym odbywały się koncerty : )

Przyznam szczerze, że zamiast wybrać się na koncert Trzaski wolałam obejrzeć Master Chefa z Magdą Gessler, ale załapałam się na koncert Baboon Moon (na trąbce prekursor nu jazzu Petter Molvaer), który był tak niemożliwie nudny, że zatęskniłam za barokową wyrazistością pierwszej polskiej kucharki. W ramach kontrastu do tej wysilonej nudy przypomniało mi się też plastikowe wirtuzerstwo Britney Spears w klipie Toxic; wystudiowane do granic możliwości, ale daleko bardziej wciągające, niż chęć bycia sobą jazzowych improwizatorów, którzy sprawiali wrażenie, jakby chcieli coś powiedzieć, ale nie mogli.

Koncert Kirka, jak zwykle od momentu wydania Mszy Świętej w Brąswałdzie, sprawił mi bardzo dużą przyjemność. Chyba nie był tak magnetyzujący jak występ na tegorocznym Openerze, choć może za bardzo byłam zajęta robieniem zdjęć. Olgierda (trąbka) pochwalił Molvaer: „He’s really good trumpet player”  (zasłyszane w kuluarach).

tajskie czerwone curry z kurczakiem. ugotuj mimo wszystko

17 Paźdź

Lubię porządek, zwłaszcza w kuchni, a moje oczekiwania wobec jej wyglądu nieustannie podkręcają coraz doskonalsze symulakry zapoznane za pośrednictwem telewizyjnych programów kulinarnych i internetowych blogów. Gotując w swojej kawalerkowej kuchni, ubrana wschodnio-europejskim zwyczajem po domowemu (przecież nikt nie patrzy), myślę o tych Francuzkach i Angielkach, które przed wkroczeniem do kuchni wykonują pełny makijaż i zakładają „wyjściowe” ciuchy, a całokształtu nie psują kapcie na nogach – ich noszenie nie jest tam popularną praktyką. Przede wszystkim jednak podświadomie porównuję scenerię, w której gotuje Nigella, Jamie Oliver, Liska od Whiteplate czy Zosia, koleżanka Kasi Tusk z Makelifeeasier (w przypadku blogerek wnoszę po zdjęciach) z moim własnym miejscem działania.
Nie ma co się oszukiwać: nie mam jeszcze fajnej kuchni i nie wyrobiłam w sobie nawyku „porządnego” gotowania bez brudzenia wokół. Pomysł na przyrządzenie czerwonego curry z kurczakiem przyszedł mi do głowy w piątek przed południem. Po pracy trzeba było iść na zakupy do sklepu, a potem jeszcze na halę mirowską po przyprawy. W kuchni lekki chaos i pełny zlew, ale szkoda mi już czasu na próbę muśnięcia symulakralnego ideału z mojej głowy, więc ze świadomością niedoskonałości swojej i otoczenia biorę się za czerwone curry.

Składniki:

– 1,5 łyżki oleju
– 3 łyżeczki czerwonej pasty curry
– 400 g kurczaka
– 1/2 papryki czerwonej i 1/2 zielonej
– 2 ząbki czosnku
– 1/2 łyżeczki kurkumy
– 1/2 łyżeczki słodkiej czerwonej papryki mielonej
– 3 cm korzenia imbiru pokrojonego w paseczki
– 2-3 łyżki pędów bambusa (mogą być ze słoiczka)
– 400 ml mleka kokosowego (puszka)
– 2 łyżki sosu rybnego (składnik konieczny – nadaje głębi smaku)
– 2 liście tajskiej limonki (kupiłam mrożoną w chińskim sklepie przy Hali Mirowskiej)
– garść świeżych liści bazylii

Na głębokiej patelni rozgrzej olej i smaż krótko pastę curry, aż poczujesz jej aromat. Wrzuć kawałki kurczaka, obie papryki pokrojone w paski, czosnek i dobrze odsączone pędy bambusa . Mieszaj warzywa i mięso, aż oblebią się pastą. Wlej 1/3 puszki mleka kokosowego, dobrze zamieszaj. Po około minucie dodaj kurkumę i mieloną paprykę, wymiejszaj i wlej resztę mleka kokosowego oraz sos rybny. Dodaj liście limonki. Tuż przed zdjęciem patelni z gazu dorzuć liście bazylii.
Podawaj z ryżem basmati.

horapa

15 Paźdź

Wspominałam ostatnim razem o Horapie – tajskiej restauracji na Natolinie (Al. Ken 50 lok. U2A), którą polubiłam od pierwszego zamówienia zielonego curry z kurczakiem. Później przyszedł czas na czerwone, które pozostało moim faworytem. O tym, że nie wszędzie danie to jest tak dobre, przekonałam się zamawiając je w Mandali. Indyjska karta jest u nich naprawdę przyzwoita, natomiast nie polecam zamawiania tam tajskiej kuchni, chyba że lubi się jednorodne musy na bazie mleka kokosowego. Ja wolę, gdy w sosie, nawet bardzo zawiesistym, pływa coś jeszcze oprócz kurczaka.

O istnieniu Horapy dowiedziałam się jakiś rok temu od znajomych z Ursynowa. Okazało się, że oprócz mieszkaniówek powstają tam też nowe lokale gastronomiczne, gdzie można zjeść coś poza kebabem z kurczakiem czy spolszczonym chińczykiem na bazie glutaminianu sodu. Wprawdzie tematu prężnego rozwoju gastronomicznego Ursynowa chwilowo zgłębiać nie będę, ale z niecierpliwością czekam na fachową monografię autorstwa autochtona : )

Przez ostatni rok w Horapie miało miejsce dość znaczne wahanie cen. Na początku mięsne curry kosztowało 22 złote, później zanotowałam dwie podwyżki – do 25, a w końcu do 28 złotych, którym towarzyszyło zmniejszenie porcji. Musiało to chyba wpłynać na obniżenie liczby gości, bo ceny są teraz takie jak przed rokiem: 18 złotych za curry z tofu, 22 za curry z mięsem, 18 złotych za pad thai z kurczakiem. Polecam więc z czystym sumieniem. Do wystroju Horapy nie potrafię się jednoznacznie odnieść. Jest w nim coś odpychającego i harmonijnego jedocześnie. Tak czy inaczej czuję się tam dobrze. Miejsce odpowiednie na „okazje”, warto jednak wcześniej zarezerwować stolik (na wszelki wypadek).

Makaron po tajsku i pad thai z kurczakiem

Niestety nie jestem w stanie przekonać się do owoców morza, mam głównie problem z ich skorupkami, pancerzykami i twardymi skórkami. Poza tym, przez to że są małe, występują na talerzu zazwyczaj w swoim oryginalnym kształcie i jakoś tak mi nieraźnie. W każdym razie makaron po tajsku wyglądał świetnie i podobno był dobry.

Pad Thai, mimo że zupełnie nie ostry, bardzo mi zasmakował. Orzeszki ziemne w dużej ilości akuratnie przełamywały słodkość sosu na bazie tamaryndu. Do tego ten fajny makaron: polecam tym, którzy nie mogą już patrzeć na przyrządzane przez siebie włoskie pasty na każdy obiad – dobre, ale jak każdy nadmiar męczące.

tajska czerwona pasta curry

11 Paźdź

W pierwszej połowie lat 90. na gastronomicznej mapie Warszawy pojawiło się sporo nowego typu miejsc, gdzie można było szybko i w miarę tanio coś zjeść, będąc na mieście. Oczywiście wszyscy pamiętają pierwszy McDonald w Sezamie, początkowo traktowany nie jako fast-food, ale cel uroczystych rodzinnych wyjść.  Szczególnie zapadł mi w pamięci ten koło Smyka: cheeseburger, frytki i shake truskawkowy były nagrodą za to, że wytrzymywałam wizytę na ostatnim piętrze sklepu, gdzie sprzedawano dywany. Jako dziecko bardzo też lubiłam hot-dogi z budki Dania fastfood, którym atrakcyjności dodawało przekonanie, że są one z Danii. Pojawiły się też pierwsze bary chińskie, np. Lotos na Bemowie 1, który istnieje do dziś i do którego nigdy nie odważyłam się wejść, czy słynny Bar Chińczyk na Okopowej.

Chińskie potrawy, coraz częściej przyrządzane przez Polaków w domach na niedzielne obiady, charakteryzowały się raczej swojskim składem: ryż, potrawka na bazie fixu Knorra (pojawił się w polskich sklepach 19 lat temu), drobno pokrojony kurczak, grzyby mun i o ile dobrze pamiętam marchewka pokrojona w słupki (a może włoszczyzna z mrożonki?). Egzotyka na miarę podlegającego transformacji ustrojowej kraju.

Można śmiało powiedzieć, że chińskie bary z kuchnią dostosowaną do polskich warunków od początku lat 90. stanowią stały element polskiego krajobrazu gastronomicznego. Coraz częściej jednak pokrojona w kostkę marchewka, groszek i kukurydza przeszkadza w kurczaku po seczuańsku, a surówka z kapusty z tartą marchewką rozwiewa ostatnie wrażenie obcowania z egoztycznością azjatycką.

Zresztą, nikt już (o ile w ogóle kiedykolwiek tak było?), nie wybiera się do chińczyka w celu zasmakowania w kuchni orientalnej – to raczej sposób na tani, w miarę zjadliwy obiad. Przynajmniej w Warszawie wybór lokali z kuchnią z różnych zakątków świata jest duży: restauracje indyjskie (bardzo dobra Bombaj Masala na Jana Pawła), susharnie (nie jem), bary z prawdziwą kuchnią wietnamską (świetny Nam Sajgon na Brackiej) itd. Ostatnio pojawiło się parę lokali, gdzie kucharzą Tajowie, w tym Horapa na Natolinie. Dla czerwonego curry z Horapy nauczyłam się jeść ostre rzeczy, a w końcu postanowiłam przyrządzić je sama.

Bazą dla czerwonego curry tajskiego jest pasta curry. Można ją przyrządzić samemu albo kupić w sklepie (widziałam w chińskim spożywczaku koło Hali Mirowskiej), jeśli nie lubi się obcować z ostrymi przyprawami. Ja lubię, choć potem pieką ręce.

Składniki:

– 7 czerwonych papryczek chilli
– 4 szalotki
– 5 ząbków czosnku
– kawałek korzenia imbiru (3-4 cm)
– skórka otarta z jednej limonki
– 1 łyżka nasion kolendry (ta w kulkach)
– 1 łyżeczka kuminu (kmin rzymski)
– 1 łyżeczka czarnego pieprzu w kulkach
– pół łyżeczki białego pieprzu mielonego
– 2 łyżeczki soli w kryształkach
– 2 łyżeczki papryki zmielonej słodkiej
– 2 łyżeczki oleju (można spróbować z sezamowym albo arachidowym)
– 1 łyżka trawy cytrynowej (użyłam suszonej)
– garść posiekanej świeżej kolendry
 

Pokrój drobno papryczki (najpierw rozetnij w poprzek i pozbądź się nasionek), szalotkę i czosnek. Zetrzyj imbir i skórkę z limonki. Rozetrzyj w moździerzu przyprawy (nasiona kolendry, kumin, pieprz, biały pieprz, paprykę, sól). Wszystko wrzuć do blendera, dodaj olej, trawę cytrynową i świeżą kolendrę. Zmiksuj.

Można też przed zmiksowaniem podsmażyć roztarte w moździerzu przyprawy na oleju razem z papryczkami, szalotką i czosnkiem – krótko, żeby nie przypalić.

Pastę przechowuj w słoiczku w lodówce (jak na razie trzymam ją od piątku i jest dobra). Lepiej nie próbować samej (piekielnie ostra).

Następnym razem: tajskie czerwone curry prawie jak z Horapy

cooking and talking

8 Paźdź

Nie wiem skąd to się wzięło, ale zdecydowanie moda na bycie humanistą pleniła się w połowie lat 90. w najlepsze, a ja jako jedenastolatka, choć nie jestem w stanie przywołać okoliczności, nasiąknęłam nią. Oznaczało to dla mnie identyfikację nie ze zbiorkiem I Ty zo5taniesz Pitagorasem, ale np. z Piosenką o końcu świata Miłosza (pamiętam, że jego interpretacja była jednym z zadań na drugim etapie olimpiady polonistycznej, kiedy byłam w szóstej klasie). Oczywiście, nic z tego wiersza nie rozumiałam, ale byłam w stanie sklecić na jego temat parę okrągłych zdań, choć zamiłowanie do nich opuściło mnie na początku liceum.

O ile w latach 90. bycie humanistą nie kolidowało z kulinarnymi aspiracjami, a ja z wielkim zaangażowaniem piekłam kolejne ciasta z torebki Dr Oetkera i Delecty, kruche ciastka z dżemem i serniki, o tyle wraz z nastaniem roku 2000 okazało się, że humanista-kobieta ciast nie piecze. Przedzierając się z trudem przez pierwsze strony Krytyki czystego rozumu, można było jednak popijać herbatę zaparzaną w czajniczku. Nigdy poza te pierwsze strony nie wykroczyłam, ale szybko zaczęłam rozróżniać herbatę assam od darjeeling, senche od bancha, pu-erh od rooibosa itd. Oczywiście, nie była to wielka filozofia, ale świat herbat mnie po prostu zafascynował. Szybko też zrozumiałam, że dodatkiem do rytuału herbacianego nie musi być wcale ambitna literatura – wystarczy co tygodniowa lektura „Polityki”. I tak przecież to herbata służyła do zalewania robaka toczącego umysł nastolatki : )

Mijały lata, poszłam na studia i nawet nie zorientowałam się, kiedy gotowanie stało się powszechnie modne. Coraz częściej jednak nawiedzała mnie wizja posiadanie własnego piekarnika, w którym właśnie rumienią się ciastka. Zapewne nie było to bez związku z „nastałą” modą, która puściła w ruch szereg obrazów, zgodnie z którymi bez gotowania i pieczenia nie ma zacisza domowego, a życie jest jakieś takie niepełne.

Chcąc je dopełnić i szukając – dla higieny psychicznej – zajęcia o namacalnych efektach, rzuciłam się w wir gotowania, a głównie pieczenia. Wyprawy do dużych sklepów po kolonialne produkty spożywcze były źródłem szczerego zadowolenia i pozwalały przewietrzyć zmęczoną głowę, a kupowanie w pobliskiej Biedronce mąki, drożdży i proszku do pieczenia napawało dumą („Będzie piekła ciasto”).

Zapał nowicjuszki minął, ale gotowanie weszło w krew, a dzielenie się wypiekami stało się elementem mojego skromnego życia społecznego i towarzyskiego. Ponieważ jednak dotychczas w miarę bujne życie intelektualne przeszło w stan spoczynku, a potrzeby w tym zakresie drastycznie nie zmalały, gotowanie samo w sobie przestało być już tak atrakcyjne, jak wtedy, gdy pełniło rolę przaśnego przerywnika. Stąd pomysł, żeby trochę je tu pokomentować.

Następnym razem: przepis na tajską czerwoną pastę curry

cooking cure

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

Kuchnia nad Atlantykiem (już od 11 lat)

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

kuchniabazylii.pl

Just another WordPress.com site

Parweniusz

O kulturze. I w ogóle.

BLOKI TO MY

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

Powojenny Modernizm » Magazyn

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

Relish it

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

Teatr Krzesiwo

Teatr autorski Ryszarda Polaszka

radcaminister

Jak działa MSZ

SCANDYBARS

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

TUnitka TUkafka sklep z tkaninami

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

David Lebovitz

Paris based chef baking and writing cookbooks

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

La Cuisine de Bernard

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

wrzacakuchnia.pl/

Przepisy, Potrawy, Diety, Gotowanie | Sprawdz Przepisy na Dania, Zupy, Sałatki, Kurczak, Ciasto na pierwszym społecznościowym portalu o przepisach i gotowaniu.

Ruth Landesa

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

stars inspirations

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino