Archiwum | Listopad, 2012

Muffinki kokosowe z białą czekoladą. Wspólne pieczenie jako wydarzenie towarzyskie

27 List

img_2316

Do wspólnego pieczenia takich muffinek potrzebne będzie:

wino (dwie butelki na dwie osoby, trzy na trzy itd.)

img_2301

biała czekolada

img_2299

nóż

img_2307

miseczka, trzepaczka

img_2302

cukier

img_2292

i parę innych rzeczy

img_2291

Podsumujmy:

Składniki

1 i 3/4 szklanki mąki

0,5 szklanki cukru (żeby nie były za słodkie)

1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

0,5 łyżeczki sody oczyszczonej

100 g wiórek kokosowych

2 tabliczki białej czekolady (mam wrażenie, że Milka jest lepsza niż inne w podobnej kategorii cenowej)

1 szklanka mleka kokosowego

1 jajko

1/3 szklanki oleju

Wymieszaj oddzielnie składniki suche i mokre.

Połącz je, wlewając powoli płynne do suchych. Dobrze wymieszaj.

Dodaj posiekaną czekoladę.

Nakładaj do foremek wyłożonych papilotkami do 3/4 wysokości.

Piecz w 180 C.

Przepis pochodzi ze strony: http://pozlepiane.blogspot.com/2012/03/muffinki-kokosowe-z-biaa-czekolada.html

Reklamy

hot beverage – gorący napój z opuncji figowej

26 List

„Did you offer him a hot beverage ? Social protocol says when a friend is upset you offer him a hot beverage”.

Richard Sennett byłby zachwycony takim przestrzeganiem formy w kontaktach międzyludzkich i trzymaniem się różnych związanych z tym gestów : ) Bardzo lubię takie gesty i dlatego też chętnie czytam Sennetta, choć raczej będąc świadomym, nie da się tego robić bez wkładania tych czynności (gestów i lektury Upadku człowieka publicznego) w nawias. Rzeczywiście, mówiąc bardzo ogólnikowo w The fall of public man Sennett wyraża rozczarowanie kształtem dzisiejszego życia społecznego, a zwłaszcza tendencją do rugowania formalnych zasad z jego przestrzeni, a dla wielu rozczarowanie nie jest kategorią adekwatną do  postrzegania tych procesów. Dla mnie też nie, ale bez wątpienia, moje lubienie „rzeczy” minionych nie jest jedynie melancholią (rozumiana jako czysta tęsknota za przeszłością, żal, że jej teraz nie ma), ale nosi wyraźne ślady nostalgii (też melancholia, ale naznaczona wyraźną niechęcią do teraźniejszości, z przeszłości tworząca niedościgniony i nigdy nieistniejący ideał; ostatnio pojęcie używane coraz częściej przy diagnozowaniu stanu społeczeństw po upadku komunizmu).

Składniki:

1 opuncja figowa

miód

pieprz

cynamon

gałka muszkatołowa

imbir (najlepiej korzeń imbiru)

Opuncje obierz i rozgnieć w kubku, dodaj łyżkę miodu, dwa ziarnka pieprzu, szczyptę cynamonu, 3 plasterki imbiru i odrobinę gałki. Dokładnie wymieszaj i zalej gorącą wodą (ale nie wrzątkiem). Podaj znajomemu w potrzebie : )

Nor Cold w Synagodze (18.11.12)

22 List

Mama Ci brioszki kupiła

20 List

na kolacje.

Rzeczywiście, brioszki lepiej sprawdzą się na śnadanie.

Składniki:

-500 g mąki

– pół kostki drożdży

– 250 ml mleka kokosowego

– 50 g cukru

– 0,5 łyżeczki soli

– 1 jajko

-50 g masła

– chocolate chipsy – czekoladowe groszki (wbrew temu co pisałam ostatnio, można je chwilowo dostać w Biedronce)

Przygotowanie:

Drożdże pokrusz, dodaj łyżeczkę cukru i poczekaj, aż drożdze się rozpuszczą. Wymieszaj z mlekiem kokosowym (100 ml).

W międzyczasie połącz mąkę, cukier, sól i masło.

Wbij jajko do pozostałych 150 ml mleka kokosowego. Całość zmiksuj z mąką, cukrem, solą i masłem. Dodaj drożdże i porządnie wymieszaj (używam robota kuchennego).

Przykryj ciasto ściereczką i odstaw na około 1 h (tak, żeby podwoiło swoją objętość).

Dodaj czekoladowe groszki i uformuj bułeczki. Daj im jeszcze chwilę, żeby urosły (ok. 20 minut).

Piecz w 200 stopniach przez 20 minut – choć wszystko zależy od Twojego piekarnika : ) Układam je zawsze na jednej formie od tarty, bo mam mały piekarnik i lubię, kiedy bułeczki nie mają twardej skórki po bokach.

Wcześniej robiłam te bułeczki na zwykłym mleku, ale pomysł z zastąpieniem go mlekiem kokosowym jest genialny. Dzięki temu, bułeczki są o wiele bardziej miękkie, choć trudno doszukać się w nich posmaku kokosowego. Najbardziej mi smakują z konfiturą agrestową.

Przepis (lekko zmodyfikowany) pochodzi z : http://mesrecettesetautres.over-blog.com

Rewizja osobista

16 List

Rewizja osobista Kostenki i Leszczyńskiego (1972) na youtubie pojawia się jedynie w szczątkowych fragmentach. Fotosy natomiast są dostępne tylko na stronie Filmoteki Narodowej za odpowiednią opłatą. Z nieznanych powodów film ten zazdrośnie strzeżony jest przed „internautami”. Będę więc musiała zdać się w dużej mierze na słowny opis.

Początek lat 70., Pani Basia z synem i nastoletnią kuzynką wracają z Francji fiatem w kolorze Yellow Bahama, wyładowanym po brzegi zachodnimi produktami. Są zdeterminowane (chłopak się tu nie liczy), żeby wszystkie zdobycze w postaci ubrań (rajstopy!), produktów spożywczych, używek itp. przewieźć przez granicę, nie płacąc od tego zabójczego podatku. Pojawia się jednak problem w postaci nieprzekupnego celnika-służbisty (Zdzisław Maklakiewicz).

Najbardziej wymowny i symbolicznie pojemny jest początek filmu, ekranizujący – „dzięki uprzejmości Ambasady Francuskiej” – fantazje wygłodzonych konsumpcyjnie Polaków na temat zachodnich produktów. O ile dobrze pamiętam, z próżni wyłaniają się samonośne rajstopy DIM, drogie papierosy i alkolhole, dobre wody kolońskie, egzotyczne owoce – jednym słowem nieosiągalne przedmioty marzeń i aspiracji w dziedzinie stylu życia przeciętnego Polaka. Wszystko to przedstawione jest mniej więcej w takim duchu:

 

„Te czasy już minęły”, jak najbardziej. Czasy niedoboru, gdy nie tylko samonośne pończochy, pomarańcze i perfumy Yardleya, ale przede wszystkim mięso i papier toaletowy były na wagę złota. Nadal jednak wybór produktów w zachodniej europie jest większy niż w Polsce, co do czego nie mam już wątpliwości po ostatnich zakupach w berlińskich supermarketach i centrach handlowych.

Od dłuższego czasu, za każdym razem, gdy wyjeżdżam do większego zagranicznego miasta, zaglądam w miarę możliwości do dużego supermarketu w poszukiwaniu innych niż w Polsce produktów spożywczych (i kosmetycznych). Początki były skromne: z Budapesztu przywiozłam pudło Turro Rudi, ze Lwowa powszechnie tam dostępny świetnej jakości sok z granatów w kartonie. Z Paryża za każdym razem coś innego.

W turystyce spożywczo-kosmetycznej osiągnęłam jednak dojrzałość podczas wyjazdów do Berlina. Przyjeżdżam tam dość często, więc odwiedzenie nowych ciekawych miejsc na mapie turystyczno-kulturalnej nie zajmuje mi już tak dużo czasu, którego resztę mogę spożytkować na buszowanie po supermaketach i centrach handlowych. Oto trofea ; )

Niby zwykłe żelki, podobne można kupić w Polsce (Fruitella). Te jednak są Halal : ) Takie sobie – za bardzo sprężyste.

Żelki z Lidla, ale tego rodzaju nie ma jeszcze w Polsce. Pycha – miękkie i z nadzieniem. Jedne z lepszych jakie jadłam.

W Kauflandzie w Polsce prawie nigdy nie kupuję, więc może są one u nas dostępne. Niezłe i bardzo kwaśne, podobne do Haribo.

Niemcy bardzo chętnie kupują produkty bio, stąd sporo u nich sklepów ekologicznych z przystępnymi cenami. Kupiłam melasę z trzciny cukrowej (czasem używana zamiast cukru do wypieków). Potem niestety zorientowałam się, że to jest  to samo co Black Treckle z Marksa&Spencera: kupiłam kiedy mieli obniżki, ale użyłam tylko raz, przy okazji nieudanego eksperymentu z robieniem żelek domowych ; )

Chocolate Chips, których Nigella używa obficie w niemal każdym przepisie na ciastka – nie do kupienia w Polsce, a przynajmniej w Warszawie (sprawdziłam). Oczywiście jest allegro, ale kupowanie na wagę przez internet jakoś mnie nie przekonuje. Z ostatniego pobytu w Niemczech zostało mi ich jeszcze sporo, więc tym razem przywiozłam tylko dwa opakowania + prawdziwe odkrycie: marcepanowe chocolate chipsy.

Orzechy Macadamia są w Polsce słabo dostępne, a szkoda, bo  fajnie się sprawdzają jako składnik amerykańskich ciastek. Pini są za to bardzo drogie, nie wiem czy w Niemczech są dużo tańsze (50 g – 2,30 euro), ale przynajmniej mam mobilizacje do zrobienia pesto.

Kandyzowane truskawki (!) i kasztany pret-à-manger, powinny pasować do brownie.

Konfitura agrestowa – ta z Rewe bardzo słodka.

Różowa sól himalajska – nie wiem, do czego jej użyję, ale fajnie wygląda. W tle czereśniowo-migdałowy balsam do ciała i malinowy krem do rąk – wszystko w temacie. Jeszcze bardziej w tle Będzie strajk Krysi Zalewskiej ( recenzja Mirosława PęczakaPiotra Zaremby).

Najcenniejsze trofeum – olej kokosowy. w Warszawie pewnie dostępny w zawrotnych cenach w sklepach ekologicznych. Za jeden litr zapłaciłam 15 euro. Można z niego robić świetnej jakości kosmetyki.

Koncentrat z rumianka. Przyda się do kosmetyków domowej roboty.

Berlin

15 List

                                        Hommage à Magritte

Przyzwoita berlińska architektura

Kuchnia wietnamska i tajska

Friedrichshain

Berlin Alexander Platz

Jazz europejski vs jazz amerykański

9 List

Bardzo cieszyłam się na koncert Archiego Sheppa na JazzFest Berlin, bo znając dość słabo jego muzykę, myślałam, że na ogół gra tak…

… czyli boleśnie szczerze, ekspresyjnie, w imieniu swoim i przodków.

Ponieważ tego kawałka na koncercie nie było i przeważało raczej granie „standardów”, które kojarzyłam już wcześniej, nie wiedząc, że to Shepp, byłam odrobinę rozczarowana. Ostatecznie, bardziej spodobał mi się koncert Michel Portal Quartet, który występował przed Sheppem i reprezentował starokontynentalny jazz, chyba z najwyższej półki: głęboko przemyślany, sprawiający wrażenie akompaniamentu dla europejskiej myśli humanistycznej do około lat 80. (a na pewno przed postmodernizmem). Muzycy z kwartetu starali się złamać tę całą powagę pod koniec koncertu, wykonując śmieszny taniec starszych Panów z saksofonami i klarnetami – było to naturalne i urocze. Muszę przyznać, że ten koncert był dla mnie czymś nowym, zwłaszcza że przedstawiciele tego typu jazzu nie są do Polski zapraszani przez Mariusza Adamiaka, który ma w Polsce coś na kształt monopolu na organizowanie jazzowych koncertów światowych sław i wybiera zazwyczaj muzyków z Ameryki.

Nie da się ukryć kwartet Archiego Sheppa miał większą siłę przyciągania – zasługa charyzmy lidera, prostoty i pierwotności tej muzyki? Szkoda tylko, że bez głębi obecnej np. w Blasé.

Z polskich grup na Berliner Jazz Fest zaproszono jedynie Daktari: indywidualny projekt łączący „noiseową energię z awangardowymi improwizacjami i folkowymi pieśnami”. Do tej pory wydali świetną płytę: This is the last song I wrote about Jews vol. 1. Grupa zagrała świetny koncert (jeden z lepszych w swojej karierze) w klubie Quasimodo w czwartek 1 listopada. Zdjęcia w krótce. Z wywiadu dla „Deutschlandfunk” przed występen Daktari na Berliner Jazzfest:

Dziennikarz z Niemiec – Czy jesteście Żydami?
Olgierd – Nie. W Polsce praktycznie nie ma już Żydów.
Dziennikarz z Niemiec – Tak. To nasza wina.

Ze śmiesznych ciekawostek: w ramach festiwalu koncert miał również Manu Katché. Co gra – nie mam pojęcia. Pamiętam go tylko z programu Nouvelle Star (coś w stylu francuskiego Idola) sprzed paru lat, gdzie zasiadał w jury. Nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia : )

cooking cure

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

Kuchnia nad Atlantykiem (już od 11 lat)

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

kuchniabazylii.pl

Just another WordPress.com site

Parweniusz

O kulturze. I w ogóle.

BLOKI TO MY

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

Powojenny Modernizm » Magazyn

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

Relish it

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

Teatr Krzesiwo

Teatr autorski Ryszarda Polaszka

radcaminister

Jak działa MSZ

SCANDYBARS

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

TUnitka TUkafka sklep z tkaninami

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

David Lebovitz

Paris based chef baking and writing cookbooks

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

La Cuisine de Bernard

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

wrzacakuchnia.pl/

Przepisy, Potrawy, Diety, Gotowanie | Sprawdz Przepisy na Dania, Zupy, Sałatki, Kurczak, Ciasto na pierwszym społecznościowym portalu o przepisach i gotowaniu.

Ruth Landesa

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino

stars inspirations

kocham jedzenie jak Grażyna Torbicka kino